17.05.2021 Notatka z posiedzenia Zarządu SPL w poszerzonym składzie w Gołuchowie

  • Drukuj

Nowa taktyka
– Przez ostatni rok wiele spotkań, wiele możliwości zostało zaniechanych, wielu pomysłów nie udało nam się zrealizować, co wynikało z ograniczeń wprowadzonych w związku z epidemią covid – powiedział prezes SPL Tadeusz Ignaciuk, otwierając posiedzenie Zarządu Głównego w poszerzonym składzie, które udało się w końcu zorganizować 17 maja w Gołuchowie. W spotkaniu uczestniczyło blisko 20 przedsiębiorców. Główna tematyka ożywionych dyskusji dotyczyła wizji dalszej współpracy z Lasami Państwowymi i celowości jakichkolwiek rozmów na szczeblu DGLP.
Na początku zjazdu minutą ciszy uczczono pamięć syna Janusza Zawiślaka, prezesa regionalnego koła SPL w Szczecinku, który zmarł nagle w wieku 35 lat. Następnie Waldemar Spychalski, który przed spotkaniem uczestniczył jako prelegent w Polskim Kongresie Leśnym, zorganizowanym w formie on-line przez portal Monitor Leśny, przekazał kilka świeżo zasłyszanych informacji. Delegat SPL przygotował wystąpienie pod przewrotnym tytułem „Kto komu więcej płaci – leśnicy zulowcom czy zulowcy leśnikom?” – Na Kongresie Wiesław Krzewina, były wicedyrektor generalny LP, powiedział, że leśnicy wiedzą doskonale, iż Chińczycy kupią u nas każdą ilość drewna, bez względu na cenę, w związku z czym nie przejmują się niczym, co się dzieje u nas na rynku – relacjonował Waldemar Spychalski poranne wystąpienia. – Mówiono też o tym, że są różne programy mające wspomóc np. drzewiarzy w Polsce, natomiast zapomina się o dwóch ważnych sektorach, bez których produkcja drewna by nie istniała – o przedsiębiorcach leśnych i transporcie drzewnym. Na to pieniędzy nie ma, a leśnicy się tym kompletnie nie interesują.


Dość
Spotkania przedstawicieli przedsiębiorczości leśnej z kierownictwem PGL LP od lat nie przynoszą jakichkolwiek wymiernych efektów. Dlatego też kilka miesięcy temu padła od kilku zasłużonych członków sugestia, by definitywnie zawiesić rozmowy na szczeblu DGLP. Temat ten, oraz możliwości podjęcia alternatywnych działań, zdominował dyskusję. –Nasze spotkania z dyrekcją generalną są bezowocne – potwierdzał tezę Waldemar Spychalski. – Bardziej służą leśnikom, niż przedsiębiorcom, ze względu na korzyść wizerunkową, że niby wsłuchują się w głos swoich partnerów. Od 11 lat przedstawiamy kalkulację minimalnej stawki godzinowej w pozyskaniu. Ze wszystkimi składowymi leśnicy absolutnie się zgadzają, nawet w zaproponowanej wysokości, ale z wynikiem już pogodzić się nie mogą, uważają, że powinien być o połowę niższy. Dopóki 2+2 będzie się równać 2, dopóki do 20 zł za roboczogodzinę będziemy dopłacać 30, kombinując z obchodzeniem przepisów przy zatrudnianiu pracowników, to nic się nie zmieni, bo Lasy są z tego zadowolone, chociaż traci na tym przecież Skarb Państwa. Stąd też taki a nie inny temat mojego wystąpienie na dzisiejszym Kongresie.
– Musimy zmienić sposób działania Stowarzyszenia – twardo podkreślał Wiesław Lubiewski, prezes gdańskiego koła SPL. ¬– Wszystkie nasze utyskiwania, że mamy partnera, który nie bierze pod uwagę naszych kalkulacji, że traktuje nas nieelegancko, do niczego nie doprowadzą. Lasy Państwowe to nie jest państwowe przedsiębiorstwo, to jest hybryda, która żyje we własnym świecie. Jakiekolwiek spotkania to sprzedawanie tożsamości SPL. Trzeba się twardo pożegnać i zmienić front. Co mogą nam więcej zrobić wbrew niż teraz?
– Żeby coś zmieniło, to w Lasach musi pojawić się jakaś wewnętrzna oddolna fermentacja, która coś zburzy w tej strukturze – mówił Waldemar Spychalski. ¬– Wyśrubowana rzekomo średnia płaca w Lasach najbardziej drażni leśników z tego szczebla, którzy na styku z firmami leśnymi muszą realizować swoje plany gospodarcze, pod presją, korzystając z niedofinansowanego sektora usług leśnych. Mówią – my wykonujemy 80% całej roboty w Lasach, a zarabiamy połowę średniej w naszej firmie. To kto tyle zarabia, że ta średnia tyle wynosi? Ale czy coś oburzenie tych leśników może zmienić? Jak mówi mój przyjaciel, który 40 lat przepracował w Służbie Leśnej: dopóki w Lasach będzie panował system feudalny, to my nic nie zrobimy, każda oddolna próba zmiany jest skazana na niepowodzenie.
– Nie liczmy, że w tej strukturze nastąpi jakakolwiek zmiana z inicjatywy leśników. Niezależnie od tego, kto wygrywa wybory, leśnicy mentalności nie zmienią – stwierdził Wiesław Lubiewski. – Jedyne co może ich ruszyć, to krach ogólnoświatowy, tak jak dwie dekady temu, kiedy wdrożyli plan Majchrzaka. Ale nas też by to dotkliwie dotknęło.
– Jestem pełen podziwu dla organicznej pracy u podstaw Waldka, ale niestety w przypadku leśników to nie ma sensu – mówił Marek Piotrowski, prezes regionalnego koła w Zielonej Górze – Pan dyrektor regionalny LP rok temu na spotkaniu w Łagowie powiedział jedno zdanie, którym załatwił nas wszystkich: „Mnie wasze koszty nie interesują; możecie sobie liczyć i płakać. Ale dopóki ktoś będzie chciał pracować za 20 zł, to po co mam płacić 30 zł”. W naszym regionie czarna historia zaczęła się w 2018 roku. Ta zaraza rozleje się na cały kraj. My pracujemy za 24-25 zł na zrębach, za pozyskanie ze zrywką. Macie 50-60 zł za kubik to się cieszcie, nie długo i tyle nie będziecie mieli. Lasy popierają pomysły zielonogórskiego dyrektora, bo to jest dla nich czysty interes. Optymizmu żadnego nie widzę.

Kierunki działań
– Trzeba zmienić kierunek działania Stowarzyszenia: zatrudnić dyrektora biura, pieniądze inwestować w prawników i intensywnie działać na gruncie prawnym, masowo składać protesty na specyfikację zamówień – proponował Wiesław Lubiewski. – Członkowie gdańskiego koła są skłonni płacić wyższe składki, żeby środki na to zapewnić. O potrzebie stworzenie zaplecza polityczno-społecznego, dzięki czemu środowisko przedsiębiorczości leśnej byłoby lepiej reprezentowane, mówił Henryk Wons, przedstawiając kilka swoich propozycji na zmianę taktyki. – Lasom zależy na sprzedaży drewna. Drewno certyfikowane jest drewnem drogim, zatem Lasy będą się o nią starały. Są trzy podstawowe aspekty certyfikacji gospodarki leśnej: ekologiczne, ekonomiczne i społeczne. Trzeba próbować dotrzeć z naszymi racjami do właścicieli standardów, i poddawać w wątpliwość na jakiej podstawie wydawany jest certyfikat, skoro tyle ludzi pracujących w gospodarce leśnej jest źle wynagradzanych, nie zapewnia się im płacy minimalnej? Kolejna rzecz. Dużo mówi się o krajowym planie odbudowy. Duża część środków ma trafić do dyspozycji samorządów. W planach UE jest napisane jednoznacznie – 34% środków dla wszystkich krajów jest przeznaczone na tzw. zieleń. Powinniśmy mieć zatem przedstawicieli naszej branży w samorządach, żeby mieć jakieś przełożenie. Może dzięki temu znalazłyby się pieniądze na nasze biuro, może nawet pracowników, na działania organizacyjne. Według Henryka Wonsa należałoby rozważyć możliwość połączenia sił z izbą przemysłu drzewnego. Rzucił też pomysł, by dążyć do indeksację środków przeznaczanych przez Lasy na usługi leśne w oparciu o wzrost cen drewna.
Do pomysłu szukania wsparcia w organizacjach certyfikujących leśnictwo odniósł się Waldemar Spychalski – To się już dzieje. Powstaje nowy standard FSC, w 10-cio osobowej grupie pracującej nad nim mamy dwóch przedstawicieli. Podał też obowiązującą w obecnym standardzie (od 2013 r.) definicję płacy umożliwiającej utrzymanie: jest to wynagrodzenie otrzymane za standardowy tydzień pracy przez pracownika w konkretnym miejscu, wystarczające aby zapewnić przyzwoity standard życia dla pracownika i jego rodziny. Elementy przyzwoitego standardu życia obejmują m.in. żywność, opiekę zdrowotną, transport, odzież i inne podstawowe potrzeby, w tym rezerwę na nieoczekiwane zdarzenia. Problemem jest jednak, jak zauważył Marek Bodył, że w obowiązującym standardzie FSC certyfikowana jednostka musiała wykazać się dbałością tylko o własnych pracowników. – Nowy standard wprowadza w tym względzie jednak bardzo korzystne zmiany dla naszej branży. Zakłada on, że pod pojęciem pracownika rozumie się każdą osobę zatrudnioną w gospodarce leśnej. W naszych realiach ma to być nie tylko pracownik zatrudniony bezpośrednio przez nadleśnictwo, jak dotychczas, ale także każdy pracownik firmy świadczącej usługi leśne. I każdy ma podlegać takiej samej trosce i ochronie, niezależnie, czy bezpośrednim pracodawcą jest jednostka LP, czy zul. Waldemar Spychalski podkreślił też, że z inicjatywy przedstawicieli usług leśnych w pracach nad standardem udało się wprowadzić zapis, dzięki któremu audytor mógłby zakwestionować przyznanie znaku FSC regionalnej dyrekcji, jeśli z kalkulacji kosztów stawki przeznaczonej dla wykonawców prac nie wynikałaby możliwość zapłacenia pracownikom płacy minimalnej. ¬– To przeszło w konsultacjach społecznych – powiedział z nadzieją Waldemar Spychalski. – Jeżeli projekt uda się szczęśliwie doprowadzić do końca, to FSC położy na to w końcu właściwy nacisk.
Póki co na 27 maja zaplanowane zostało już wcześniej spotkanie z nowo powołanym na stanowisko dyrektora generalnego LP Józefem Kubicą. Jak uznał wiceprezes Wojciech Szczotka, należy wziąć w nim udział. ¬– Gdyby dyrektorem był nadal Andrzej Konieczny, który przez trzy lata urzędowania spotkał się z nami dwa razy, chociaż miał się z nami spotykać raz na miesiąc, albo przynajmniej raz na kwartał, a na tyle naszych pism w ogóle nie odpowiedział, to byłbym za tym, żeby nie jechać. Ale wychodzenie do nowego dyrektora na początek z pismem, że rezygnujemy z rozmów z nim, byłoby niepoważne. Niemniej w opinii uczestników posiedzenia SPL przeważyła opinia, że jeśli kierownictwo Lasów nie zdecyduje się na poważne rozmowy, to będzie to ostatnie spotkanie.
Prawne rozpoznanie
O możliwości działań prawnych mówił Marek Piotrowski. W mocnych słowach skrytykował asymetryczność umów zawieranych między nadleśnictwami, a firmami leśnymi. – Jesteśmy idiotami, że takie umowy z Lasami podpisujemy – stwierdził bez ogródek. – Szczęście, jak nadleśniczy jest wyrozumiały. Ale jak jest złośliwy, to się można z kar nie wypłacić. Jednocześnie zamawiający powinien specyfikację przygotowywać z należytą starannością – leśnicy już tego nie przestrzegają, wszystko jest na chybił trafił, zmienią powierzchnie, strefy, potem się nic w terenie nie zgadza – punktował. – Nasze umowy są pełne absurdów, co widzi każdy, kto zna się na prawie pracy – dodał Henryk Wons. Uznano, że jeśli się znajdzie dobrych prawników, którzy zaczną wygrywać zaskarżanie takich umów, to może cos się zmieni. Witold Cieplik na spotkanie do Gołuchowa przyjechał z prawnikiem, z którym współpracuje i wdraża już teraz w tematy leśne. Mecenas przedstawił ofertę reprezentowanej przez siebie kancelarii na obsługę prawną w zakresie bieżącej działalności gospodarczej. –Zajmujemy się analizami, czy umowy są trafnie skonstruowane. W przypadku nieprecyzyjnych zapisów proponujemy zmiany, które będą państwa bardziej chroniły. Powinno to skłaniać zamawiających do pochylania się nad tymi umowami.
Wschodnia alternatywa
Na spotkanie do Gołuchowa został zaproszony także przedsiębiorca leśny z Białorusi, Mikalai Babko. Przedstawił swoją ofertę możliwości współpracy w zakresie zorganizowanego najmu pracowników zza wschodniej granicy. Na Białorusi ma 30 pilarzy, 10-15 operatorów, harwestery, forwardery i ciągniki. To jest liczba zatrudnionych na chwilę obecną. Jeśli jednak polskie firmy będą miały wolę współpracy, to nie ma problemu zapewnić większą liczbę doświadczonych pracowników do pozyskania i zrywki, a także do hodowli, koszenia czy innych prac leśnych. Prowadzi też firmę zarejestrowaną w Polsce, dzięki czemu chętni przedsiębiorcy nie będą mieli dodatkowych problemów formalnych przy ewentualnej współpracy i faktycznym zatrudnianiu cudzoziemców. W tej chwili oprócz Białorusi pracownicy Mikalaia Babko pracują już na terenie UE, na Litwie.
Na Białorusi za pozyskanie i zrywkę nadleśnictwa płacą firnie w granicach 10 dolarów za m3. Stawka jest taka sama, niezależnie od technologii pozyskania (czy maszynowo, czy pilarkami). Co ciekawe, na Białorusi wszystkie prace z zagospodarowania czy hodowli nadleśnictwa wykonują swoimi pracownikami, a pozyskanie częściowo swoimi pracownikami, częściowo zlecają firmom zewnętrznym. Pensja robotnika leśnego w nadleśnictwie to obecnie ok. 300 dolarów miesięcznie. Na Litwie firma Babko ma stawki na poziomie 5-7 euro za kubik. Szacunkowy koszt pilarza, którego chciałaby wynająć polska firma, powinien kształtować się na poziomie 1000-1200 euro (tak wychodzi przy pracy na Litwie). W razie zainteresowania współpracą, polski przedsiębiorca może zawrzeć umowę z firmą Mikalaia Babko, dzięki czemu nie musi przejmować się wszystkimi procedurami związanymi z zatrudnianiem cudzoziemców. Okres zawarcia umowy może być dowolny: miesiąc, pół roku czy nawet rok. Szczegóły trzeba już oczywiście indywidualnie ustalać z białoruskim przedsiębiorcą. Dane kontaktowe (mail i telefon) można uzyskać za pośrednictwem zarządu głównego SPL. – Nie wiadomo jak się wszystko potoczy – stwierdził Tadeusz Ignaciuk. – Dzisiaj ci ludzie mogą pracować u nas, a może za lat 10 my będziemy pracować na Białorusi. Dobrze złapać kontakt. Mikalai może nam pomóc pokonać różne transgraniczne bariery.